News

Dzień w Parku – relacja FTB.pl

Dzień w Parku, jeszcze kilka miesięcy temu znany tylko jako enigmatyczny Special Event, stał się dość niespodziewanie jednym z wyjątkowych wydarzeń z muzyką klubową w roli głównej. To bynajmniej nie zapowiedź przepastnej listy muzycznych atrakcji czy technologicznych wodotrysków. Bez względu na nie sobotnia impreza nad Maltą jako pierwszoplanowy wyróżnik przyjęła okalający ją kontekst sportowy.



Gdy hucznie zapowiadany występ Armina van Buurena miał zwieńczyć otwarcie mistrzostw świata w wioślarstwie (nie, nie w żeglarstwie, choć sugerowały to niektóre z poimprezowych komentarzy), całkiem niedaleko, na Stadionie Olimpijskim w Berlinie, związana z poznańskim AZS-AWF Anita Włodarczyk sięgała właśnie po złoty medal, w spektakularnym stylu bijąc rekord świata. Dzień w Parku stał się tym samym pewnego rodzaju pomostem łączącym te dwie, w świecie sportu szczególnie prestiżowe imprezy.




Profil festiwalu sprawił, że w odróżnieniu od większości eventów możliwość wstępu otwarta była także dla osób niepełnoletnich, bardzo niepełnoletnich. Sprytnie uczyniono z tego jedną z atrakcji, ukazując Dzień w Parku jako imprezę wprost rodzinną. Udało się. Wprawdzie już wcześniej rozpiętość wiekowa uczestników podobnych koncertów często mnie zaskakiwała, łamiąc utarte przekonania co do względnie wąskiego grona adresatów tanecznej elektroniki, jednak widok kilkuletnich brzdąców bawiących się przy parkietowej aranżacji „Another Brick in the Wall (Part 2)” Floydów był niepowtarzalny.



Skoro jest rodzinnie, to dlaczego nie miałoby być piknikowo? Polana Harcerza, która ze względu na otoczenie oraz samą konstrukcję sceny przypominała polską edycję Global Gathering, we wczesnych godzinach popołudniowych bardziej rozleniwiała niż skłaniała do wspólnej zabawy pod sceną. Widok tłumu osób siedzących na trawie był być może odrobinę deprymujący dla otwierających imprezę didżejów, lecz z każdym kolejnym podrygującym bitem następne osoby przekonywały się do drugiej z form spędzania czasu.




Sety Charliego, Andrew Sommersa i Neevalda dość konsekwentnie prezentowały różne odcienie muzyki house, z naciskiem na te luźne, wakacyjne, obfite w wokale oraz ostatnio dominujące – tech housowe elementy. Świetnym pomysłem było sięgnięcie po interpretacje „Yé Ké Yé Ké” Mory’ego Kanté oraz „Lambady” Kaomy. W końcu przynajmniej dla części słuchaczy mogły mieć one wartość sentymentalną. Podczas miksu Neevalda tłum pod sceną stopniowo się rozszerzał, a aplauz dla didżeja tylko potwierdzał to, co dało się wcześniej odczuć – gromadząca się publika to nie tylko objaw zbliżającego się występu pierwszego z zagranicznych artystów. Obok wciąż obecnego motywu sportowego wybrzmiało echo dwóch najbardziej nagłaśnianych medialnie wydarzeń muzycznych tego lata – koncertów U2 i Madonny. To właśnie w secie Neevalda usłyszeliśmy remix „With or Without You” słynnej irlandzkiej grupy rockowej, natomiast klubowy aranż „Music” wkręcił w swoim secie anonsowany Matthew Dekay.





W pamięci wielu wciąż żyją cudowne wspomnienia z jego występu na Sound Empire trzy lata temu. Jednak po udanym 2006 roku, kiedy jego nagrania znalazły się równocześnie na „A State of Trance 2006” i „In Search of Sunrise 5: Los Angeles”, pozostawał daleko od centrum uwagi. Stąd też jego set był do pewnego stopnia zagadkowy, wszak kilka niepozornych EPek dla Electronic Elements trudno brać za punkt odniesienia przy dynamice trendów. Rozpoczął fantastycznie. Oparte na dworcowym sygnale „Train” Kalkbrennera dowodzi, że nawet z banalnego motywu może powstać charakterystyczne nagranie. Które to już w karierze tego niemieckiego producenta? Nie mam pojęcia, jednak ścieżka dźwiękowa do „Berlin Calling” – niezależnie od tego, jak różne są opinie na temat samego obrazu – tylko powiększyła grono fanów artysty.



Dekay kontynuował, luźno trzymając się housowej stylistyki. Pojawiały się zarówno motywy tribalowe, skoczne i sążniste, jak i narastające, progresywne oprawy. Czasem, w myśl znanej wypowiedzi Layo Paskina, muzyczne definiowanie seta zależało do płci, bo przecież tech house to coś, co dziewczyny nazywają techno, a chłopcy – house. Obok wspomnianego wcześniej remiksu „Music” Madonny zabrzmiały  nieśmiertelne „Born Slippy” Underworld, tym razem w wyważonym, bujającym aranżu Manuela De La Mare, oraz „Hey Boy, Hey Girl” The Chemical Brothers. Wrzawę wywołał także inny remix, Oxia – „Domino”. Trzyletni utwór francuskiego artysty, który w istocie stanowi wolną interpretację „Eve by Day” Patricka Chardronneta, cieszył się kiedyś niemniejszym zainteresowaniem niż utwory wymienione powyżej, zdobiąc nawet sety trancowych didżejów, w tym Tiësto czy Armina van Buurena.



Próżno szukać u Dekaya jakichkolwiek trudności z wprawieniem publiczności w nastrój imprezy. Zjawił się uśmiechnięty, rozluźniony i od razu starał się rozbudzić entuzjastyczne reakcje. Na odpowiedź nie czekał długo i nie trzeba dyskutować, czy był z niej zadowolony, czy nie, ponieważ dał temu wyraz wprost, wielokrotnie sięgając po telefon komórkowy, by uwiecznić widok spontanicznej publiki. W jednym z wywiadów nie czynił tajemnicy z tego, jak bardzo ceni sobie kontakt z fanami i chętnie przegląda MySpace, odpowiadając na większość korespondencji. Być może i z tych pamiątkowych obrazów uczyni ozdobę galerii w swoim profilu społecznościowym?

Jak wiele i jak różne mogą być szkoły DJ-ingu przekonywało zderzenie zachowania Matthew Dekaya oraz występującego po nim Jerome’a Isma-Ae. Niemiecki didżej interakcję z publicznością ograniczył niemal wyłącznie do gestów przywitalnych i pożegnalnych, a całość uwagi poświęcił miksowaniu. Nastrojowe intro, z którego motyw do dziś chodzi mi po głowie, zostało wkomponowane w specjalnie przygotowaną wersję „Smile When You Kill Me”. Charakterystyczna barwa zapowiadała dłuższy kontakt z estetyką, której Isma-Ae zawdzięcza ostatni skok popularności. Ta, po raz pierwszy zaprezentowana szerzej chyba w remiksie „Fortune Cookie”, wyraźnie zdominowała jego set. Oprócz „You Might Hear Nothing” i „Rose of Jericho”, utworów z oczekiwanych albumów Umeka i BT (drugi z nich wciąż jest niewydany), w miksie Jerome’a znalazły się też nagrania wprost idealnie przystające do uroku miejsca i chwili.


 


Zachód słońca przy „Only You” Way Out West, którzy zwodzą fanów swoim czwartym krążkiem od blisko półtora roku, czy jeszcze gorący remake „Children” wywoływały nieopisane wrażenie. W całej gamie stylów i muzycznych kontekstów nie mogło zabraknąć jeszcze co najmniej dwóch elementów. Pierwszym z nich był snujący się, nu-trancowy remix „Suru” w wykonaniu Martina Rotha. Mimo że Isma-Ae częściej bliżej do osobliwego połączenia tech i progressive house’u, to właśnie z trancową sceną bywa łączony równie intensywnie i kto wie, czy to nie jej w pierwszej kolejności zawdzięcza obecną pozycję. Ponadto pewne było, że didżej nie zapomni też o tym, by złożyć hołd Michaelowi Jacksonowi. Bootleg „Stranger in Moscow” cieszy się przecież sporym zainteresowaniem, toteż jego miejsce w secie wydawało się niezagrożone, jednak następujący po nim refren z „Beat It” w towarzystwie charakterystycznego dla Isma-Ae bitu był już miłym zaskoczeniem.




Ceremonia otwarcia początkowo potwierdziła uzasadnione wcześniej obawy. Chociaż zaplanowanie występu głównej gwiazdy dokładnie po zakończeniu części oficjalnej imprezy wydawało się najbardziej efektowne, to nie spotkało się to ze zrozumieniem niektórych klubowiczów. Manifestowanie sympatii dla muzyka wprowadziło pewne rozchwianie w luźnej formie ceremonii. Oczywiście improwizacja, szczególnie podczas luźnych rozmów poprzedzających przemówienia, ma swój urok, jednak ostatecznie Armin wyznał, że to w towarzystwie CD playerów czuje się najwygodniej. Niezależnie od tego, idea przedstawienia sama w sobie była interesująca. Szczególnie urzekała forma oddania czci zmarłemu Maciejowi Frankiewiczowi, wieloletniemu zastępcy prezydenta miasta, po którego stronie leżała inicjatywa przeprowadzenia mistrzostw świata w wioślarstwie właśnie w Poznaniu. Flesze, patetyczna muzyka i symboliczne, wznoszące się ku niebu znicze, w wymowny sposób ukazujące ulotność życia, ulotność chwili, na moment przeniosły mnie gdzieś z dala od otaczających wydarzeń.



Poproszeni o wygłoszenie przemówienia goście, Prezydent Miasta Poznania Ryszard Grobelny i Prezydent FISA Denis Oswald, świetnie zdawali sobie sprawę ze zniecierpliwienia zgromadzonych osób – niestety czasem okazywanego w sposób zawstydzający – świadomie ograniczając czas swoich wystąpień. Raczej oszczędna była również prezentacja drużyn narodowych. Emisji krótkiego materiału wideo na telebimie towarzyszyło rozwieszanie flagi państwowej przedstawianej w danej chwili reprezentacji. Mimo współczesnego romansu, ba, małżeństwa z komercją czy różnych skandali, wciąż wierzę w klasyczne przesłanie sportu i trwanie ponad wszelkimi podziałami. Niestety znalazły się osoby, które o tym nie pamiętają bądź po prostu nie wiedzą, dając tylko wyraz swojej niedojrzałości. Z drugiej strony złe wrażenie do pewnego stopnia zatarte zostało przez zaśpiewany gremialnie hymn narodowy. Pewnie niejedna pani od muzyki miałaby zastrzeżenia co do poprawności wykonania, a w dodatku całkowicie zagłuszony został zebrany na scenie chór, lecz bez wątpienia taki spontaniczny rozwój tego elementu ceremonii był najbardziej widowiskowy. Tuż po nim przepiękny pokaz sztucznych ogni i oczekiwany występ gwiazdy wieczoru.




Można uznać, że ceremonia otwarcia dzieliła stylistycznie widowisko, jednakże jako jedną z ról setów housowych można postrzegać, może zupełnie niezamierzoną, ekspozycję postaci, na którą wszyscy czekali. Nie ma się co łudzić, wiele osób zjawiło się na imprezie wyłącznie dla Armina van Buurena. Otwierające „Tuvan”, którym w tym roku muzyk odkurzył dawny projekt Gaia, można traktować jako streszczenie miksu. Przez ponad dwie godziny tradycyjny uplifting był bowiem brzmieniem wiodącym, natomiast zwariowane tech trancowe motywy czy electro bassline’y stanowiły tylko konieczne, chroniące przed monotonią urozmaicenie.



Na przekrój epickich dźwięków złożyły się te aktualniejsze, jak „Invisible Touch” w remiksie Ferry’ego Corstena czy przebojowe „Sunset Boulevard” z debiutanckiego albumu Alexa M.O.R.P.H.-a, jak i klasyczne dla gatunku nagrania. Tu wypada wymienić autorskie kawałki Armina – „Communication” i „Exhale” (razem z Corstenem), które dziś trafnie opisują epic trance z lat ’99 – ’02. Warto wspomnieć też o innym znanym numerze sprzed lat, „Let the Light Shine In”, którego wzruszający breakdown został odświeżony przez Filo & Peri. W secie Holendra można było znaleźć również polski akcent muzyczny, choć nie był on w żadnym razie powodowany kurtuazją. Support dla „Monsun”, „Aurora” i remiksu „Reborn”, podobnie jak większości utworów, w których powstanie zaangażowany był Nitrous Oxide, jest przecież dobrze znany.




Niektórzy narzekali na zbyt mało niewydanych, nieznanych utworów. To nie powinno dziwić, ponieważ jako didżej Armin na pewno dobrze wie, że na jego występy przychodzą także ludzie, którzy na co dzień nie śledzą wszystkich nowości, a chcieliby usłyszeć właśnie te kawałki, które znają z albumów lub kompilacji jego autorstwa. Mimo to specjalnie dla tych pierwszych zabrzmiał „Ramsterdam” w interpretacji Jorna van Deynhovena, którą zupełnie niedawno uważano za nowy remix duetu Lemon & Einar K.



Armin tradycyjnie pojawił się w białej koszuli i pomimo domniemanej choroby jak zwykle był uśmiechnięty, wspaniale się bawił i nieustannie szukał żywiołowych reakcji wśród publiczności. Ponad dwugodzinny kontakt ze swoim idolem dla wielu okazał się niewystarczający. Ucieszyć mógł bis, równie niespodziewany, jak samo nagranie, które didżej wybrał do tej roli – „When Love Takes Over”. Dlaczego akurat ostatni hit Davida Guetty? Doszukiwano się ukrytego przesłania w tekście utworu, ale teraz można tylko snuć domysły, czy słusznie.




Za najlepszą recenzję występu niech posłuży absolutna satysfakcja mojego znajomego, wieloletniego fana Armina van Buurena, który potrafi być wobec niego także wybredny i krytyczny. Słyszałem też głosy zawodu, szczególnie niewielką ilością nagrań wokalnych oraz tych z ostatniej płyty muzyka – „Imagine”. Miks z pewnością zasadniczo odbiegał od tego, który wciąż może żyć w pamięci obecnych podczas „Armin Hour”, ale Armin tej nocy zagrał po prostu jak prawdziwy modern trancowy DJ, prezentując przede wszystkim współczesne oblicze Dutch trance’u.



 
Przy świetle dziennym oprawa wizualna niewątpliwie nie rzucała na kolana. Jednak gdy tylko zrobiło się ciemno, para elektrycznych drzew, zaprojektowanych na wzór tych z plakatów reklamujących imprezę, to wybuchała ogniem żarzących się czerwonych świateł, to skupiała wzrok płynącą weń energią. Ekrany tym razem umieszczone były po przeciwległych stronach sceny, co początkowo mogło rozpraszać uwagę, ale w najważniejszym momencie wieczoru wyświetlane obrazy dobrze współgrały z oświetleniem. Potężny system audio wydawał mi się wręcz zbyt głośny, ponieważ nie pozostawał obojętny nawet daleko od sceny. Kiedy wieczorem zobaczyłem zgromadzone tłumy w miejscach, które wcześniej świeciły pustkami, bardziej przypominając dziką plażę, straciłem przekonanie o tym, jak powinna wyglądać odpowiednia ekspozycja dźwięku. Całkiem sprawnie przebiegło też samo opuszczenie terenu koncertu.




Kto nie opadł z sił, mógł udać się na zorganizowane niedaleko afterparty, co w pełnej rozciągłości dawało kilkunastogodzinny maraton z muzyką klubową. Pozostali mogli udać się w drogę powrotną. Co jednak w tym wszystkim najważniejsze, to rosnąca wolność wyboru – otwarcie imprezy dla potencjalnie większego grona odbiorców, w dodatku zaplanowanej w nietypowych, jak dotąd, godzinach. Dlatego też uważam, że pomysł wart jest kontynuacji. Ponadto ze względu na ścisły związanie z ceremonią otwarcia mistrzostw świata w wioślarstwie Dzień w Parku, w przeciwieństwie do licznych festiwali muzyki klubowej, po prostu nie mógł pozostać niezauważony przez media. Choć nie jestem tak entuzjastyczny, gdy idzie o konieczność eksponowania jej w środkach masowego przekazu, jak redaktor Robert Leszczyński w jednym ze swoich felietonów („DJ Magazine” 1/2008), to na pewno jest to droga do zwalczania stereotypów. Na pewno było warto, klimat był niepowtarzalny i oby więcej takich pomysłów, już następnego lata!




Polecamy również

Imprezy blisko Ciebie w Tango App →